Kiedy ludzie uznawani przeze ze mnie za wyraźnie spójnych, nieprzeciętnych acz na pewno nie nienormalnych mówią o sobie "dziwadło" i tak dalej, czuję się tak dziwnie, bo aż nie wiem co o sobie myśleć. Dawno odeszłam od próby wpasowania swojej osobowości w społeczeństwo, od porównywania się z tą a tą grupą. Od środka samej sobie wydaję się.... po prostu mną, tak zwyczajnie. Ale potem słyszę zdania w stylu "jesteś najbardziej niejzwykłą osobą jaką spotkałem" (wypowiedziane przez najbardziej złożoną osobę jaką ja poznałam) albo, że "jesteś taką osobą, którą ludzie chcieliby być, na jaką pozują" lub "jesteś naprawdę skrajną nonkonformistką", czy też na jakiejś wigilii klasowej "życzę Ci byś dalej była taką idealistką"...
Wiem, że pewnie mają to być komplementy, ale nie wiem jak na nie reagować, to mi naprawdę miesza w głowie. Nie chcę być niczym, jestem.... "mną", bo z tym określeniem oraz "człowiek" i TYLKO z nimi czuję się komfortowo. Po prostu zdążyłam już się nauczyć, że nie ważne w jak wielkie pudełko próbuje się mnie włożyć ja i tak gdzieś będę wystawać, gdzieś gnieść się, a w innych miejscach pozostawiać masę przestrzeni. A mam naprawdę tego dość, nie chcę więcej musieć zaleczać miliona siniaków, obtarć.
To co piszę jest bez sensu, bo ludzie i tak będą mówić to co chcą. Tym bardziej, że jest to napisane tak strasznie niechlujnie, ech,... Ale potrzebowałam się tu wypowiedzieć, tak po prostu, bo mogę...
środa, 19 listopada 2014
czwartek, 13 listopada 2014
Sen o końcu świata...
Otóż, odkurzyłam właśnie moje stare zapiski odnośnie tego co przyśniło mi się jakoś podczas zeszłej sesji letniej....
W tym śnie obudziłam się z tej "drzemki", którą właśnie odbywałam, przy czym we śnie przerodziła się w prawdziwy sen, bo obudziłam się o zachodzie słońca. Tuż obok mojego łóżka jest okno, więc gdy się podniosłam ujrzałam zachód słońca bardzo podobny kolorystyką do tego:



Przerażające nie były same w sobie barwy, ale kształty jakie chmury wycinały na słońcu oraz to, że tuż przed tym jak ukazał się kolejny z nich "widziałam" go w przebłysku wizji. Były tam między innymi zwierzęta apokalipsy. Poza nimi ukazało się dużo innych, dość jednoznacznych w tym zestawieniu, symboli. Mimo ogarniającego mnie coraz bardziej uczucia, że "coś jest nie tak" postanowiłam nic z tym nie robić, nie osądzać niczego pochopnie. Jednak niedługo po tym, w polu widzenia pojawiło się kilka trąb powietrznych. Wtedy wiedziałam, że może nie musi to koniecznie być koniec świata, lecz sytuacja NA PEWNO nie jest bezpieczna.
We śnie mieszkałam na 5, a nie 2 piętrze akademika, więc stwierdziłam, że muszę zejść na parter by w razie czego móc szybko uciec z budynku. Sporo osób było nieco zaniepokojonych tornadami, więc hol na dole był dość pełny. Dziwna rzecz - odbywała się jakaś ważna uroczystość w przejściu z holu do drzwi wejściowych, z kamerami na żywo, stolikami i wszystkim, a ja wyglądałam jak i w rzeczywistości gdy obudziłam się z "drzemki" czyli tak, że nie ma mowy bym przeszła centralnie przez długi pas pełen aparatów i kamer póki to nie będzie absolutnie konieczne. Postanowiłam zadzwonić do rodziny oraz do jeszcze jednej bliskiej mi osoby spoza niej, jednak okazało się, że zapomniałam wziąć telefon. Wracając na niego prawie wpadałam w absolutną panikę, bo w windach był niesamowity tłok, bałam się że nie dostanę się na górę i z powrotem na dół na czas.
Podczas tego wszystkiego próbowałam rozmawiać z ludźmi, ale nikt mi za bardzo nie wierzył, oprócz jednej osoby, której to wydało się podejrzane, że nie było żadnej wiadomości o zbliżającej się tak wielkiej anomalii pogodowej w Polsce. W końcu udało się, wydostałam się z budynku, bo była wtedy akurat chwilowa przerwa w uroczystości, a na zewnątrz okazało się, że w tym czasie tornada w większości ucichły lub przeszły bokiem, a zamiast krwistego zachodu słońca był tylko bardzo jasny pomarańczowo-żółty, przy czym pozostała część nieba była pogodna, o pięknym odcieniu błękitu.
Kolejnego dnia wracałam już do domu po sesji. Opowiedziałam rodzinie o zdarzeniu i że piękna pogoda potrwa kilka dni, a potem rozpęta się piekło (nie wiem czy tak właśnie było w Biblii, ale na pewno było tak w filmie "Melancholia"), jednak oni również nie byli przekonani do tego co mówiłam. Wybraliśmy się nad jezioro. Ten czas byłby bardzo miły gdyby myśl o bardzo możliwym (w moim odczuciu) końcu świata nie mąciła go. Interesujące było jednak to, że myśl o mojej śmierci nie przerażała mnie aż tak, w tym śnie naprawdę zdołałam zaakceptować myśl o jej nieuchronności, o tym że nie mam wpływu na to co się dzieje, że i tak umrę, więc różnica między "teraz" a "na starość" to tylko żal z powodu niezrealizowanych planów, ale że dla mnie mimo wszystko najważniejsza jest rodzina, z którą wtedy byłam, więc nie miałam aż tak bardzo czego żałować.
To co powodowało, że czułam się z tym źle to był fakt nieodwracalności końca świata - ta planeta którą nazywamy domem miała zostać unicestwiona lub uczyniona martwą na zawsze. Oraz to, że moi bliscy zginą, że będę musiała patrzeć na ich śmierć, tak wszystkich razem w tym mojego młodszego rodzeństwa... Miałam nadzieję, że zdołam sprawić by znieśli to jak ten chłopiec w Melancholii i by zdarzyło się to równie szybko. Do tego standardowo mój sen był pięknym wizualnym doświadczeniem, więc wiedziałam, że obserwacja końca świata będzie jedną z piękniejszych rzeczy jaką zobaczę (tak myślałam we śnie oczywiście; patrz: Melancholia).
Uwagi do snu:
W tym śnie obudziłam się z tej "drzemki", którą właśnie odbywałam, przy czym we śnie przerodziła się w prawdziwy sen, bo obudziłam się o zachodzie słońca. Tuż obok mojego łóżka jest okno, więc gdy się podniosłam ujrzałam zachód słońca bardzo podobny kolorystyką do tego:



Przerażające nie były same w sobie barwy, ale kształty jakie chmury wycinały na słońcu oraz to, że tuż przed tym jak ukazał się kolejny z nich "widziałam" go w przebłysku wizji. Były tam między innymi zwierzęta apokalipsy. Poza nimi ukazało się dużo innych, dość jednoznacznych w tym zestawieniu, symboli. Mimo ogarniającego mnie coraz bardziej uczucia, że "coś jest nie tak" postanowiłam nic z tym nie robić, nie osądzać niczego pochopnie. Jednak niedługo po tym, w polu widzenia pojawiło się kilka trąb powietrznych. Wtedy wiedziałam, że może nie musi to koniecznie być koniec świata, lecz sytuacja NA PEWNO nie jest bezpieczna.
We śnie mieszkałam na 5, a nie 2 piętrze akademika, więc stwierdziłam, że muszę zejść na parter by w razie czego móc szybko uciec z budynku. Sporo osób było nieco zaniepokojonych tornadami, więc hol na dole był dość pełny. Dziwna rzecz - odbywała się jakaś ważna uroczystość w przejściu z holu do drzwi wejściowych, z kamerami na żywo, stolikami i wszystkim, a ja wyglądałam jak i w rzeczywistości gdy obudziłam się z "drzemki" czyli tak, że nie ma mowy bym przeszła centralnie przez długi pas pełen aparatów i kamer póki to nie będzie absolutnie konieczne. Postanowiłam zadzwonić do rodziny oraz do jeszcze jednej bliskiej mi osoby spoza niej, jednak okazało się, że zapomniałam wziąć telefon. Wracając na niego prawie wpadałam w absolutną panikę, bo w windach był niesamowity tłok, bałam się że nie dostanę się na górę i z powrotem na dół na czas.
Podczas tego wszystkiego próbowałam rozmawiać z ludźmi, ale nikt mi za bardzo nie wierzył, oprócz jednej osoby, której to wydało się podejrzane, że nie było żadnej wiadomości o zbliżającej się tak wielkiej anomalii pogodowej w Polsce. W końcu udało się, wydostałam się z budynku, bo była wtedy akurat chwilowa przerwa w uroczystości, a na zewnątrz okazało się, że w tym czasie tornada w większości ucichły lub przeszły bokiem, a zamiast krwistego zachodu słońca był tylko bardzo jasny pomarańczowo-żółty, przy czym pozostała część nieba była pogodna, o pięknym odcieniu błękitu.
Kolejnego dnia wracałam już do domu po sesji. Opowiedziałam rodzinie o zdarzeniu i że piękna pogoda potrwa kilka dni, a potem rozpęta się piekło (nie wiem czy tak właśnie było w Biblii, ale na pewno było tak w filmie "Melancholia"), jednak oni również nie byli przekonani do tego co mówiłam. Wybraliśmy się nad jezioro. Ten czas byłby bardzo miły gdyby myśl o bardzo możliwym (w moim odczuciu) końcu świata nie mąciła go. Interesujące było jednak to, że myśl o mojej śmierci nie przerażała mnie aż tak, w tym śnie naprawdę zdołałam zaakceptować myśl o jej nieuchronności, o tym że nie mam wpływu na to co się dzieje, że i tak umrę, więc różnica między "teraz" a "na starość" to tylko żal z powodu niezrealizowanych planów, ale że dla mnie mimo wszystko najważniejsza jest rodzina, z którą wtedy byłam, więc nie miałam aż tak bardzo czego żałować.
To co powodowało, że czułam się z tym źle to był fakt nieodwracalności końca świata - ta planeta którą nazywamy domem miała zostać unicestwiona lub uczyniona martwą na zawsze. Oraz to, że moi bliscy zginą, że będę musiała patrzeć na ich śmierć, tak wszystkich razem w tym mojego młodszego rodzeństwa... Miałam nadzieję, że zdołam sprawić by znieśli to jak ten chłopiec w Melancholii i by zdarzyło się to równie szybko. Do tego standardowo mój sen był pięknym wizualnym doświadczeniem, więc wiedziałam, że obserwacja końca świata będzie jedną z piękniejszych rzeczy jaką zobaczę (tak myślałam we śnie oczywiście; patrz: Melancholia).
Uwagi do snu:
- na szczęście w moim akademiki nie ma 5 piętra
- obudziłam się kosmicznie późno (o 20), ale na szczęście słońce jeszcze nie zachodziło, choć stało się to niedługo po tym
- to miłe, że we śnie potrafiłam pogodzić się ze śmiercią, bo daje mi to nadzieję, że osiągnięcie tego na jawie jest możliwe
- prawdopodobnie gdyby naprawdę w czasie mojego życia miałby nastąpić koniec świata, to wcale nie robiłabym szalonych rzeczy lub tego co zawsze chciałam zrobić, tylko spędziłabym ten czas z rodziną, będąc z nimi w 100%, bez żadnego rozpraszania się innymi sprawami jak komputer, praca, nauka, znajomi
- sen miałam gdy jakoś po 13 położyłam się by odespać poprzednie dni gdy zarywałam noc na rzecz nauki. Obudziłam się po 7 godzinach. Tryb nocny jak nic!
niedziela, 26 października 2014
Nie do końca zdrowe przemyślenia o pewnym zdrowym jedzeniu.
Czy przyszło wam kiedyś do głowy, że kiełki to takie jakby płody? Czasem mam aż wyrzuty sumienia. Nachodzą mnie myśli o tym, że te małe dzieci-roślinki są tak pełne substancji odżywczych nie po to bym ja była zdrowsza o wręcz pomijalny procent, lecz by z wielką radością wzbić się w górę, zagarniać coraz to nowe połacie przestrzeni powietrznej swoimi liśćmi, gałęziami, rozwijać się w wilgotnych i ciemnych zakamarkach ziemi, oddawać się pięknej sztuce tkania skomplikowanych białek oraz wielocukrów z bazowych składników, wymagających tak wielu przekształceń, szeregu katalizatorów, wieloprzystankowych cyklów metabolicznych. By po prostu żyć. Zaczynam wtedy rozmyślać nad tym, czy jest to coś złego, czy sytuacja wymaga roztrząśnięcia kwestii tego czy moje lepsze samopoczucie jest warte ich życia? Ale czy właściwie odbieram im życie jako takie? (I znów pojawia się temat postrzegania śmierci roślin.)
Na szczęście nic nie jest czarno-białe i istnieją również inne szlaki, którymi może podążyć myśl wychodząc od pierwotnego zagadnienia. Wystarczy przypomnieć sobie, że rośliny generalnie produkują masę nasion i czynią to nie bez powodu. Szansa na to, że któreś zakiełkuje i przetrwa pierwsze najbardziej niepewne okresy życia jest naprawdę niewielka. Także czy zjadając kiełki nie nadaję im "śmierci" pewnego sensu? Większego niżby miało bardzo prawdopodobne uschnięcie na powierzchni ziemi? I teraz zamiast przygnębienia docieramy do miłego uczucia, że jesteśmy istotni w tym łańcuchu pokarmowym, wręcz pozytywnie istotni. Wtedy podczas jedzenia tychże kiełek można doznać wrażenia pewnego rodzaju ciepła rozchodzącego się w nas wynikającego z postrzegania spożywania tego pokarmu jako coś więcej niż zwykłe zaspokojenie głodu, jako przyjęcie w siebie tych istot, z jakąś taką specyficzną czułością,
Kiedy nachodzą mnie takie rozmyślania zaczynam sądzić, że dobrze, że jednak nie poszłam na botanikę, bo być może doprowadziłoby mnie to do skrajnego ekscentryzmu. Tak, jeszcze, jeszcze większego niż teraz, niż kiedykolwiek.
Na szczęście nic nie jest czarno-białe i istnieją również inne szlaki, którymi może podążyć myśl wychodząc od pierwotnego zagadnienia. Wystarczy przypomnieć sobie, że rośliny generalnie produkują masę nasion i czynią to nie bez powodu. Szansa na to, że któreś zakiełkuje i przetrwa pierwsze najbardziej niepewne okresy życia jest naprawdę niewielka. Także czy zjadając kiełki nie nadaję im "śmierci" pewnego sensu? Większego niżby miało bardzo prawdopodobne uschnięcie na powierzchni ziemi? I teraz zamiast przygnębienia docieramy do miłego uczucia, że jesteśmy istotni w tym łańcuchu pokarmowym, wręcz pozytywnie istotni. Wtedy podczas jedzenia tychże kiełek można doznać wrażenia pewnego rodzaju ciepła rozchodzącego się w nas wynikającego z postrzegania spożywania tego pokarmu jako coś więcej niż zwykłe zaspokojenie głodu, jako przyjęcie w siebie tych istot, z jakąś taką specyficzną czułością,
Kiedy nachodzą mnie takie rozmyślania zaczynam sądzić, że dobrze, że jednak nie poszłam na botanikę, bo być może doprowadziłoby mnie to do skrajnego ekscentryzmu. Tak, jeszcze, jeszcze większego niż teraz, niż kiedykolwiek.
środa, 22 października 2014
Jesień, biurokracja i jakie to nudne dawać kolejny tytuł z wyliczaniem oraz jakimś długim określeniem po "i".
Dlaczego właściwie jesień tak bardzo sprzyja ponuremu nastrojowi? Pomińmy czynniki oczywiste jak mniejsza ilość światła słonecznego, niskie ciśnienie, itd.Praktycznie do dzisiaj udawało mi się żyć wedle pokrzepiającej myśli dzięki której pierwszy raz w życiu cieszyłam się jesienią:
“Autumn is a second spring when every leaf is a flower.” ― Albert Camus
Dopóki nie zaczęłam myśleć. A więc:
Zakładam, że jesteśmy istotami ukształtowanymi choć w miarę sensownie, czyli tak, że w warunkach naturalnych nie powinniśmy narzekać na obniżenie nastroju. Z resztą potwierdzić może to fakt, że chyba ciężko znaleźć człowieka, którego spacer po tak przepełnionym ciepłymi, jasnymi barwami drzew parku byłby dołujący, dla którego nie byłby ciekawszy niż standardowy widok zieleni w praktycznie każdej koronie drzewa.
Zdaje mi się, że problem leży w tym, że zarówno jak wiosna - jesień jest procesem. Może on dotyczyć zmian na inne, przemyślenia czegoś dogłębnie, odrzucenia pewnych negatywnych elementów naszego życia (tak jak wiosną dodajemy pozytywne) lub co tam się trafi. Jednak prawdą jest fakt, że nawet zmiany na lepsze wywołują w ludziach stres. By sobie z nim poradzić zdecydowanie potrzebne jest jakieś wsparcie z zewnątrz - najlepiej od właśnie otoczenia, natury, która przecież te zmiany indukuje. Jednak jeśli jest się zamkniętym w mieście, co gorsza bez ogródka, ba!, nawet balkonu (patrz-> akademik) i to nie na przedmieściach, to można powiedzieć, że uczucie opuszczenia przez "moc" jest jak najbardziej na miejscu. Myślę, że w lesie widok ciemnych nagich gałęzi drzew drżących na wietrze na tle białego od jednolitej warstwy chmur nieba jest czymś pięknym, kojącym, wyciszającym i w pewien sposób romantycznym. Na pewno nie depresyjnym jak to tak często bywa w mieście. Och, jak tu pozostawać w dobrym nastroju gdy brzydoty blokowisk i innych PRLowskich pamiątek nie przysłania żadna zieleń? Aż się chce wtedy krzyczeć - "Aaachh...! Nie jestem stworzona do życia w takim środowisku! Żadna istota żywa nie jest!".
Poza tym nasz model cywilizacji, jej mentalność, nie wspiera dogłębnych, trwających więcej niż kilka dni przemyśleń życiowych (by poznać siebie, bo i po co siebie poznawać jak wg. reklam szczęście dadzą nam przedmioty i pieniążki, a nie samopoznanie - to bardzo kiepski produkt, nie da się opatentować!). W dodatku w październiku zawsze jest tyle zajęć, imprez (na które jakoś tak wpół zamierzenie wychodzi, że się idzie) i biurokracji, że niezbyt ma się czas na głębokie rozważania (szczególnie obejmujące analizę snów i wsłuchiwanie się w intuicję), a jeśli ma się czas to nie ma się energii (zasada nieoznaczoności, hihi :>).
Kolejna sprawa - globalizacja jest czymś w dużej mierze pozytywnym pod względem poszerzania horyzontów, jednak tutaj akurat nas skrzywdziła. Gdyby owoce dostępne były w większości przede wszystkim wtedy gdy w naszym kraju jest na nie "sezon" to na pewno jesień jawiłaby nam się znacznie bardziej atrakcyjnie, niczym święto niemalże. W końcu to czas tak wielu przepysznych owoców czy warzyw. Oczywiście nie chcę tutaj ograniczać dostaw tych produktów. Jednak byłoby to wspaniałe gdyby również w miastach odbywałoby się coś na kształt dożynek. Szkoda, że obecnie znaleźć je można tylko na małych wsiach, które zachowały tradycje rolnicze, czy na niektórych większych skupiskach ogródków działkowych (bardzo mile wspominam te święta na jednym z nich). Jeśli w miastach coś takiego się odbywa, to najczęściej jest to jedynie niebyt urodziwy cień dawnego klimatu - w moim rodzinnym mieście na "Festynie Dyni" wśród mnogości stoisk znalazłam raptem tylko kilka straganów z przetworami, a o zupie z dyni, plackach, ciastach czy reszcie dań - można pomażyć! Ach.
Teraz co do biurokracji:
Ta bestia to hydra - kiedy myślisz, że już coś się załatwiło - w miejsce tej sprawy wyrastają trzy kolejne. :((. Tyle mam do powiedzenia.
Życzę dużej ilości drzew, a w szczególności lasu.
Nawet dobrze, że niedługo święto zmarłych, przynajmniej chryzantemy się poogląda. Ach, no i nocna wyprawa na cmentarz gdzie nagromadzenie palących się zniczy daje złudzenie tego, że odbywa się tam właśnie się wielkie zebranie duchów (na które wdarło się niepostrzeżenie, bo wtedy to duchy nie mogą widzieć żywych, a żywi je tak) jest czymś absolutnie magicznym na co warto czekać :).
*nie, nie mam jakiejś chandry, po prostu znowu zaczęło się malkontenctwo i niezadowolenie z otoczenia miejskiego
Takie tam, nastrojowe na zakończenie - przyjemna wersja jesiennej mgły. Autor: Bruce Cohen.
“Autumn is a second spring when every leaf is a flower.” ― Albert Camus
Dopóki nie zaczęłam myśleć. A więc:
Zakładam, że jesteśmy istotami ukształtowanymi choć w miarę sensownie, czyli tak, że w warunkach naturalnych nie powinniśmy narzekać na obniżenie nastroju. Z resztą potwierdzić może to fakt, że chyba ciężko znaleźć człowieka, którego spacer po tak przepełnionym ciepłymi, jasnymi barwami drzew parku byłby dołujący, dla którego nie byłby ciekawszy niż standardowy widok zieleni w praktycznie każdej koronie drzewa.
Zdaje mi się, że problem leży w tym, że zarówno jak wiosna - jesień jest procesem. Może on dotyczyć zmian na inne, przemyślenia czegoś dogłębnie, odrzucenia pewnych negatywnych elementów naszego życia (tak jak wiosną dodajemy pozytywne) lub co tam się trafi. Jednak prawdą jest fakt, że nawet zmiany na lepsze wywołują w ludziach stres. By sobie z nim poradzić zdecydowanie potrzebne jest jakieś wsparcie z zewnątrz - najlepiej od właśnie otoczenia, natury, która przecież te zmiany indukuje. Jednak jeśli jest się zamkniętym w mieście, co gorsza bez ogródka, ba!, nawet balkonu (patrz-> akademik) i to nie na przedmieściach, to można powiedzieć, że uczucie opuszczenia przez "moc" jest jak najbardziej na miejscu. Myślę, że w lesie widok ciemnych nagich gałęzi drzew drżących na wietrze na tle białego od jednolitej warstwy chmur nieba jest czymś pięknym, kojącym, wyciszającym i w pewien sposób romantycznym. Na pewno nie depresyjnym jak to tak często bywa w mieście. Och, jak tu pozostawać w dobrym nastroju gdy brzydoty blokowisk i innych PRLowskich pamiątek nie przysłania żadna zieleń? Aż się chce wtedy krzyczeć - "Aaachh...! Nie jestem stworzona do życia w takim środowisku! Żadna istota żywa nie jest!".
Poza tym nasz model cywilizacji, jej mentalność, nie wspiera dogłębnych, trwających więcej niż kilka dni przemyśleń życiowych (by poznać siebie, bo i po co siebie poznawać jak wg. reklam szczęście dadzą nam przedmioty i pieniążki, a nie samopoznanie - to bardzo kiepski produkt, nie da się opatentować!). W dodatku w październiku zawsze jest tyle zajęć, imprez (na które jakoś tak wpół zamierzenie wychodzi, że się idzie) i biurokracji, że niezbyt ma się czas na głębokie rozważania (szczególnie obejmujące analizę snów i wsłuchiwanie się w intuicję), a jeśli ma się czas to nie ma się energii (zasada nieoznaczoności, hihi :>).
Kolejna sprawa - globalizacja jest czymś w dużej mierze pozytywnym pod względem poszerzania horyzontów, jednak tutaj akurat nas skrzywdziła. Gdyby owoce dostępne były w większości przede wszystkim wtedy gdy w naszym kraju jest na nie "sezon" to na pewno jesień jawiłaby nam się znacznie bardziej atrakcyjnie, niczym święto niemalże. W końcu to czas tak wielu przepysznych owoców czy warzyw. Oczywiście nie chcę tutaj ograniczać dostaw tych produktów. Jednak byłoby to wspaniałe gdyby również w miastach odbywałoby się coś na kształt dożynek. Szkoda, że obecnie znaleźć je można tylko na małych wsiach, które zachowały tradycje rolnicze, czy na niektórych większych skupiskach ogródków działkowych (bardzo mile wspominam te święta na jednym z nich). Jeśli w miastach coś takiego się odbywa, to najczęściej jest to jedynie niebyt urodziwy cień dawnego klimatu - w moim rodzinnym mieście na "Festynie Dyni" wśród mnogości stoisk znalazłam raptem tylko kilka straganów z przetworami, a o zupie z dyni, plackach, ciastach czy reszcie dań - można pomażyć! Ach.
Teraz co do biurokracji:
Ta bestia to hydra - kiedy myślisz, że już coś się załatwiło - w miejsce tej sprawy wyrastają trzy kolejne. :((. Tyle mam do powiedzenia.
Życzę dużej ilości drzew, a w szczególności lasu.
Nawet dobrze, że niedługo święto zmarłych, przynajmniej chryzantemy się poogląda. Ach, no i nocna wyprawa na cmentarz gdzie nagromadzenie palących się zniczy daje złudzenie tego, że odbywa się tam właśnie się wielkie zebranie duchów (na które wdarło się niepostrzeżenie, bo wtedy to duchy nie mogą widzieć żywych, a żywi je tak) jest czymś absolutnie magicznym na co warto czekać :).
*nie, nie mam jakiejś chandry, po prostu znowu zaczęło się malkontenctwo i niezadowolenie z otoczenia miejskiego
Takie tam, nastrojowe na zakończenie - przyjemna wersja jesiennej mgły. Autor: Bruce Cohen.
piątek, 17 października 2014
Drzewa i świnie, czyli o stąpaniu po mięsnej posadzce i jeszcze cięższych rozkminach.
Czy wielu ludzi kiedyś zadumało się nad tym, że drewniana podłoga jest jak parkiet z plastrów mięsa? W końcu pień to ciało drzewa, jak i mięso jest ciałem np. świni. Nie chodzi mi tutaj o kwestie ekologiczne, ale samo w sobie zamieszanie jakie można sobie wprowadzić w sposobie spoglądania na własne meble czy posadzkę poprzez dostrzeżenie i wyolbrzymienie znaczenia tego podobieństwa. Nie jest to żadna myśl odkrywcza, ponieważ nasze "zwykłe" myślenie (gdy nie postrzegamy drewna jako roślinnego odpowiednika mięsa) jest jak najbardziej prawidłowe, gdyż te dwa materiały mają wiele innych, ważnych różnic. Chociażby to, że drzewa i świnie mają zupełnie inaczej zbudowany system nerwowy. Dlatego moje spostrzeżenie jest bezwartościowe jako takie. Ale jednak ciekawie jest czasem spojrzeć na zwykłe rzeczy z szalonej perspektywy. Wyobraź sobie, że stąpasz po mięsie *wzdryga się*.
Ale wracając do różnicy w układzie nerwowym grup tych dwóch stworzeń: jakże mało wiemy o tym jak i co właściwie odczuwają rośliny? Szczególnie tak niezmiernie złożone byty jakimi są drzewa? W pewnym sensie jest to cudowne, bo zostawia szerokie pole do snucia mniej lub bardziej szalonych teorii na temat niewiadomego. Myślą jaka mi teraz przyszła do głowy jest to, że zapewne rośliny postrzegają śmierć zupełnie inaczej niż zwierzęta. Być może dla nich nadchodzi ona znacznie bardziej stopniowo. Ale zaraz, zaraz, jeśli już porównujemy to trzeba mieć jakiś punkt odniesienia! Jak właściwie zwierzęta, jak właściwie ludzie odczuwają śmierć? Och, kurczę, może nie pchajmy się w ten temat. /// A więc wracając... Myślę, że poza tym od początku są świadome tego, że pochodzą od ziemi i do niej wrócą. Że są ważną częścią ekosystemu zarówno "za życia" jak i po śmierci. Być może świadomość tego, jak istotne są, czyni jest szczęśliwymi, zawsze, absolutnie. Jakie to wspaniałe gdy człowiek osiąga stan, w którym do szczęścia nie potrzeba mu więcej niż to, że istnieje.
Generalnie, już od dziecka, podziwiałam rośliny za ich prostotę istnienia. Poza tym, kiedy dowiedziałam się o istnieniu tego zjawiska, uważałam posiadanie możliwości fotosyntezy za coś, co równa się szczęściu absolutnemu. Tak samo jak latanie oraz możliwość istnienia zawsze w jakiejś formie (czyli że nigdy tak naprawdę się nie umrze (choć istnieć się będzie niekoniecznie w formie posiadającej w ogóle świadomość, ale jednak)).
Bądźcie roślinami! W tym pozytywnych, właśnie przeze mnie wymyślonym sensie. Taka sobie bardzo mętna i nieprzydatna rada życiowa. Ale tak serio - obserwacja natury bardzo pomaga w osiągnięciu równowagi wewnętrznej.
Początek numeru n-tego
Który to blog z kolei? O matko, nie wiem. Mam nadzieję, że będę tu pisać, a nie że porzucę w ciągu tygodnia jak poprzedniego.
Od razu ostrzegam, że moja znajomość interpunkcji przez ostatni rok studiów na uczelni technicznej dramatycznie uwsteczniła się, tak samo jak składnia i cała reszta tego co jeszcze mogłoby się popsuć. Generalnie będzie to blog dwujęzyczny - pisany po polsku oraz po "polskiemu" :).
Na początek bardzo oderwane od tematu, dziwne dla ogółu, a dla mnie piękne i fascynujące zdjęcie z jeszcze bardziej fascynującej serii; polecam się zapoznać:
(Alexander Gronsky - Endless Night)
Od razu ostrzegam, że moja znajomość interpunkcji przez ostatni rok studiów na uczelni technicznej dramatycznie uwsteczniła się, tak samo jak składnia i cała reszta tego co jeszcze mogłoby się popsuć. Generalnie będzie to blog dwujęzyczny - pisany po polsku oraz po "polskiemu" :).
Na początek bardzo oderwane od tematu, dziwne dla ogółu, a dla mnie piękne i fascynujące zdjęcie z jeszcze bardziej fascynującej serii; polecam się zapoznać:
(Alexander Gronsky - Endless Night)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
