W tym śnie obudziłam się z tej "drzemki", którą właśnie odbywałam, przy czym we śnie przerodziła się w prawdziwy sen, bo obudziłam się o zachodzie słońca. Tuż obok mojego łóżka jest okno, więc gdy się podniosłam ujrzałam zachód słońca bardzo podobny kolorystyką do tego:



Przerażające nie były same w sobie barwy, ale kształty jakie chmury wycinały na słońcu oraz to, że tuż przed tym jak ukazał się kolejny z nich "widziałam" go w przebłysku wizji. Były tam między innymi zwierzęta apokalipsy. Poza nimi ukazało się dużo innych, dość jednoznacznych w tym zestawieniu, symboli. Mimo ogarniającego mnie coraz bardziej uczucia, że "coś jest nie tak" postanowiłam nic z tym nie robić, nie osądzać niczego pochopnie. Jednak niedługo po tym, w polu widzenia pojawiło się kilka trąb powietrznych. Wtedy wiedziałam, że może nie musi to koniecznie być koniec świata, lecz sytuacja NA PEWNO nie jest bezpieczna.
We śnie mieszkałam na 5, a nie 2 piętrze akademika, więc stwierdziłam, że muszę zejść na parter by w razie czego móc szybko uciec z budynku. Sporo osób było nieco zaniepokojonych tornadami, więc hol na dole był dość pełny. Dziwna rzecz - odbywała się jakaś ważna uroczystość w przejściu z holu do drzwi wejściowych, z kamerami na żywo, stolikami i wszystkim, a ja wyglądałam jak i w rzeczywistości gdy obudziłam się z "drzemki" czyli tak, że nie ma mowy bym przeszła centralnie przez długi pas pełen aparatów i kamer póki to nie będzie absolutnie konieczne. Postanowiłam zadzwonić do rodziny oraz do jeszcze jednej bliskiej mi osoby spoza niej, jednak okazało się, że zapomniałam wziąć telefon. Wracając na niego prawie wpadałam w absolutną panikę, bo w windach był niesamowity tłok, bałam się że nie dostanę się na górę i z powrotem na dół na czas.
Podczas tego wszystkiego próbowałam rozmawiać z ludźmi, ale nikt mi za bardzo nie wierzył, oprócz jednej osoby, której to wydało się podejrzane, że nie było żadnej wiadomości o zbliżającej się tak wielkiej anomalii pogodowej w Polsce. W końcu udało się, wydostałam się z budynku, bo była wtedy akurat chwilowa przerwa w uroczystości, a na zewnątrz okazało się, że w tym czasie tornada w większości ucichły lub przeszły bokiem, a zamiast krwistego zachodu słońca był tylko bardzo jasny pomarańczowo-żółty, przy czym pozostała część nieba była pogodna, o pięknym odcieniu błękitu.
Kolejnego dnia wracałam już do domu po sesji. Opowiedziałam rodzinie o zdarzeniu i że piękna pogoda potrwa kilka dni, a potem rozpęta się piekło (nie wiem czy tak właśnie było w Biblii, ale na pewno było tak w filmie "Melancholia"), jednak oni również nie byli przekonani do tego co mówiłam. Wybraliśmy się nad jezioro. Ten czas byłby bardzo miły gdyby myśl o bardzo możliwym (w moim odczuciu) końcu świata nie mąciła go. Interesujące było jednak to, że myśl o mojej śmierci nie przerażała mnie aż tak, w tym śnie naprawdę zdołałam zaakceptować myśl o jej nieuchronności, o tym że nie mam wpływu na to co się dzieje, że i tak umrę, więc różnica między "teraz" a "na starość" to tylko żal z powodu niezrealizowanych planów, ale że dla mnie mimo wszystko najważniejsza jest rodzina, z którą wtedy byłam, więc nie miałam aż tak bardzo czego żałować.
To co powodowało, że czułam się z tym źle to był fakt nieodwracalności końca świata - ta planeta którą nazywamy domem miała zostać unicestwiona lub uczyniona martwą na zawsze. Oraz to, że moi bliscy zginą, że będę musiała patrzeć na ich śmierć, tak wszystkich razem w tym mojego młodszego rodzeństwa... Miałam nadzieję, że zdołam sprawić by znieśli to jak ten chłopiec w Melancholii i by zdarzyło się to równie szybko. Do tego standardowo mój sen był pięknym wizualnym doświadczeniem, więc wiedziałam, że obserwacja końca świata będzie jedną z piękniejszych rzeczy jaką zobaczę (tak myślałam we śnie oczywiście; patrz: Melancholia).
Uwagi do snu:
- na szczęście w moim akademiki nie ma 5 piętra
- obudziłam się kosmicznie późno (o 20), ale na szczęście słońce jeszcze nie zachodziło, choć stało się to niedługo po tym
- to miłe, że we śnie potrafiłam pogodzić się ze śmiercią, bo daje mi to nadzieję, że osiągnięcie tego na jawie jest możliwe
- prawdopodobnie gdyby naprawdę w czasie mojego życia miałby nastąpić koniec świata, to wcale nie robiłabym szalonych rzeczy lub tego co zawsze chciałam zrobić, tylko spędziłabym ten czas z rodziną, będąc z nimi w 100%, bez żadnego rozpraszania się innymi sprawami jak komputer, praca, nauka, znajomi
- sen miałam gdy jakoś po 13 położyłam się by odespać poprzednie dni gdy zarywałam noc na rzecz nauki. Obudziłam się po 7 godzinach. Tryb nocny jak nic!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz