środa, 22 października 2014

Jesień, biurokracja i jakie to nudne dawać kolejny tytuł z wyliczaniem oraz jakimś długim określeniem po "i".

Dlaczego właściwie jesień tak bardzo sprzyja ponuremu nastrojowi? Pomińmy czynniki oczywiste jak mniejsza ilość światła słonecznego, niskie ciśnienie, itd.Praktycznie do dzisiaj udawało mi się żyć wedle pokrzepiającej myśli dzięki której pierwszy raz w życiu cieszyłam się jesienią:
“Autumn is a second spring when every leaf is a flower.” ― Albert Camus
Dopóki nie zaczęłam myśleć. A więc:
Zakładam, że jesteśmy istotami ukształtowanymi choć w miarę sensownie, czyli tak, że w warunkach naturalnych nie powinniśmy narzekać na obniżenie nastroju. Z resztą potwierdzić może to fakt, że chyba ciężko znaleźć człowieka, którego spacer po tak przepełnionym ciepłymi, jasnymi barwami drzew parku byłby dołujący, dla którego nie byłby ciekawszy niż standardowy widok zieleni w praktycznie każdej koronie drzewa.

Zdaje mi się, że problem leży w tym, że zarówno jak wiosna - jesień jest procesem. Może on dotyczyć zmian na inne,  przemyślenia czegoś dogłębnie, odrzucenia pewnych negatywnych elementów naszego życia (tak jak wiosną dodajemy pozytywne) lub co tam się trafi. Jednak prawdą jest fakt, że nawet zmiany na lepsze wywołują w ludziach stres. By sobie z nim poradzić zdecydowanie potrzebne jest jakieś wsparcie z zewnątrz - najlepiej od właśnie otoczenia, natury, która przecież te zmiany indukuje. Jednak jeśli jest się zamkniętym w mieście, co gorsza bez ogródka, ba!, nawet balkonu (patrz-> akademik) i to nie na przedmieściach, to można powiedzieć, że uczucie opuszczenia przez "moc" jest jak najbardziej na miejscu. Myślę, że w lesie widok ciemnych nagich gałęzi drzew drżących na wietrze na tle białego od jednolitej warstwy chmur nieba jest czymś pięknym, kojącym, wyciszającym i w pewien sposób romantycznym. Na pewno nie depresyjnym jak to tak często bywa w mieście. Och, jak tu pozostawać w dobrym nastroju gdy brzydoty blokowisk i innych PRLowskich pamiątek nie przysłania żadna zieleń? Aż się chce wtedy krzyczeć - "Aaachh...! Nie jestem stworzona do życia w takim środowisku! Żadna istota żywa nie jest!". 

Poza tym nasz model cywilizacji, jej mentalność, nie wspiera dogłębnych, trwających więcej niż kilka dni przemyśleń życiowych (by poznać siebie, bo i po co siebie poznawać jak wg. reklam szczęście dadzą nam przedmioty i pieniążki, a nie samopoznanie - to bardzo kiepski produkt, nie da się opatentować!). W dodatku w październiku zawsze jest tyle zajęć, imprez (na które jakoś tak wpół zamierzenie wychodzi, że się idzie) i biurokracji, że niezbyt ma się czas na głębokie rozważania (szczególnie obejmujące analizę snów i wsłuchiwanie się w intuicję), a jeśli ma się czas to nie ma się energii (zasada nieoznaczoności, hihi :>). 

Kolejna sprawa - globalizacja jest czymś w dużej mierze pozytywnym pod względem poszerzania horyzontów, jednak tutaj akurat nas skrzywdziła. Gdyby owoce dostępne były w większości przede wszystkim wtedy gdy w naszym kraju jest na nie "sezon" to na pewno jesień jawiłaby nam się znacznie bardziej atrakcyjnie, niczym święto niemalże. W końcu to czas tak wielu przepysznych owoców czy warzyw. Oczywiście nie chcę tutaj ograniczać dostaw tych produktów. Jednak byłoby to wspaniałe gdyby również w miastach odbywałoby się coś na kształt dożynek. Szkoda, że obecnie znaleźć je można tylko na małych wsiach, które zachowały tradycje rolnicze, czy na niektórych większych skupiskach ogródków działkowych (bardzo mile wspominam te święta na jednym z nich). Jeśli w miastach coś takiego się odbywa, to najczęściej jest to jedynie niebyt urodziwy cień dawnego klimatu - w moim rodzinnym mieście na "Festynie Dyni" wśród mnogości stoisk znalazłam raptem tylko kilka straganów z przetworami, a o zupie z dyni, plackach, ciastach czy reszcie dań - można pomażyć! Ach.

Teraz co do biurokracji:
Ta bestia to hydra - kiedy myślisz, że już coś się załatwiło - w miejsce tej sprawy wyrastają trzy kolejne. :((. Tyle mam do powiedzenia.


Życzę dużej ilości drzew, a w szczególności lasu.
Nawet dobrze, że niedługo święto zmarłych, przynajmniej chryzantemy się poogląda. Ach, no i nocna wyprawa na cmentarz gdzie nagromadzenie palących się zniczy daje złudzenie tego, że odbywa się tam właśnie się wielkie zebranie duchów (na które wdarło się niepostrzeżenie, bo wtedy to duchy nie mogą widzieć żywych, a żywi je tak) jest czymś absolutnie magicznym na co warto czekać :).
*nie, nie mam jakiejś chandry, po prostu znowu zaczęło się malkontenctwo i niezadowolenie z otoczenia miejskiego

Takie tam, nastrojowe na zakończenie - przyjemna wersja jesiennej mgły. Autor: Bruce Cohen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz